wtorek, 30 września 2014

Trudne początki...

Uhhhh.... Za każdym razem kiedy wracam do pisania bloga mam wrażenie, że znowu zaczynam wszystko od początku. Jakby na to spojrzeć 3 miesiące przerwy w pisaniu to baaardzo długi okres czasu. Zawsze obiecuję sobie, że więcej się to nie powtórzy, że teraz już będzie w miarę regularnie i zawsze mi to nie wychodzi. Pewnie i tym razem się nie uda, ale będę się starała... jak zawsze ☺.

Nie należę do grupy osób które chcą blogować zawodowo- żeby wszystko było jasne- nie uważam tego za coś złego- "woloć Tomku w swoim domku" czy raczej na swoim blogu. Niemniej da mnie blogowanie i vlogowanie to hobby i chcę żeby tak zostało. Niestety z tym wiąże się pewien problem- jeżeli z powodu braku czasu COŚ muszę odstawić na boczny tor to właśnie tym CZYMŚ jest blog i kanał na YT.
Ale, ale ja tu nie przyszłam ponarzekać na wieczny brak czasu bo w jakiś niekoniecznie zrozumiały dla mnie masochistyczny sposób bardzo lubię otaczający mnie chaos. Przyszłam tu poinformować, że znowu wracam do gry i to troszkę lepiej zorganizowana niż zazwyczaj ☺.

Wymyśliłam sobie, że stworzę coś na kształt blogowego plannera. Sama nie potrafię zrobić grafiki która w 100% pasowałaby do moich potrzeb więc szukam inspiracji w sieci. Oczywiście jak zawsze w takich chwilach zaglądnęłam na Pinterest'a (jeżeli jeszcze nie wiecie co to jest to koniecznie musicie zapoznać się z tą stroną, ale OSTRZEGAM wchodzicie tam na własną odpowiedzialność- to wciąga, uzależnia i pożera wolny czas, nawet ten, którego już nie macie!!!).
Znalazłam tam oczywiście kilka ciekawych szablonów do wydrukowania na których można spisać swoje myśli, spostrzeżenia, zaplanować kolejne kroki które musimy wykonać do dokończenia danego projektu- i tak, oczywiście można to z równie świetnym skutkiem zapisać na zwykłej kartce papieru, ale powiedzcie same czy te kolorowe druczki nie wyglądają zachęcająco? Aż się chce działać!!!
Jeżeli ta metoda się u mnie sprawdzi to w przyszłości zrobię post na ten temat, bo dobra organizacja to klucz do sukcesu. Może do tego czasu uda mi się stworzyć idealnie do mnie dopasowany szablon, choć szczerze mówiąc nawet nie wiem w jakim programie tworzy się takie cuda- jeżeli macie jakieś propozycje to dajcie mi koniecznie znać. A może ktoś z Was potrafi coś takiego zrobić? Wszelka pomoc ile widziana ☺

Póki co spisałam rozpoczęte już projekty i w ramach zapowiedzi chciałabym przekazać Wam, że w przyszłości powinno pojawić się kilka, mam nadzieję, ciekawych konkursów oraz gigantyczna ilość recenzji. Na pewno będzie jakieś denko bo pomału zasypuję się pustymi opakowaniami a także kilka makijaży, nowości, postów lakierowych... Zapowiada się kolorowo ☺

Na koniec jeszcze dzięki że jesteście ze mną mimo wszystko, dodajecie skrzydeł ♥♥♥
A teraz wracam do planowania...


niedziela, 22 czerwca 2014

Naked 3- makijaż oraz pierwsze wrażenie.

Och jak to dobrze jest znać ludzi, którzy mają świra na tym samym punkcie co my. Mi dzięki YouTubowi udało się poznać wiele bardzo ciekawych osób a jedną z nich jest Asia BeeMajaStyle. Z Asią odwiedzamy się regularnie a przy okazji takich wizyt oczywiście zawsze przegrzebujemy dogłębnie nasze toaletki- wymieniamy się kosmetykami, odlewkami, odsypkami, odkrawkami... co tu dużo mówić moja kosmetyczka po powrocie jest zawsze o wiele bogatsza niż w momencie wyjazdu.

Będąc ostatnio z wizytą skorzystałam z okazji, że Asia posiada paletę Urban Decay Naked 3. Udało mi się zrobić kilka ogólnych ujęć ale z góry zaznaczam, że nie będzie to post z typową prezentacją każdego poszczególnego koloru, kosmetyk nie jest mój więc nie chciałam go tak bezczelnie macać. Paletka na szczęście jest tak popularna, że bez problemu uda się Wam znaleźć takie fotki w sieci.
Wykonałam też jeden makijaż, który chciałabym Wam zaprezentować, mam nadzieję, że się spodoba ☺.

Mój problem w takim przypadku zawsze jest taki sam- makijaże wykonuję dość spontanicznie nie zwracając uwagi na to po które odcienie sięgam. Postaram się jednak możliwie jak najlepiej opisać Wam jak krok po kroku powstawał poniższy look.
Cienie nakładałam na bazę Zoeva. Na całej powiece wylądował Surnout a powyżej załamania roztarłam Limit. Zewnętrzny kącik przyciemniłam Mugshot, ten odcień przeciągnęłam również wzdłuż załamania. Teraz zaczynają się schody- pomiędzy Surnout a Mugshot wylądował jakiś kolor transferowy, wydaje mi się, że mógł to być Liar, ale nic sobie za to nie dam obciąć. Wewnętrzną część oka oraz całą górną granicę rozświetliłam przy pomocy Strange, który jest moim zdaniem pięknym kolorem, gdybym posiadała tą paletę cień ten najprawdopodobniej najszybciej zostałby wykończony. Na środek powieki palcem wklepałam odrobinę Dust- cień jest dość podobny do Surnout z tym, że posiada pięknie rozświetlające drobinki. Delikatna kreska powstała przy użyciu Blackheart. Dolna powieka to połączenie Mugshot i... hmm... nie, pojęcia nie mam, nie będę wymyślać, granica w każdym razie została również roztarta Strange. Tusz pochodzi z Catrice.

Jeżeli chodzi o jakość palety to jak na Urban Decay przystało jest super. Cienie są bardzo dobrze napigmentowane, doskonale się rozcierają i łączą ze sobą, jednym słowem świetnie się z nimi pracuje. Jedyny minus jaki w nich zauważyłam to fakt, że lubią się osypywać przy aplikacji. Kompozycja kolorystyczna również jest bardzo udana, amatorki neutralnych makijaży będą z nią miały dużo zabawy. Moim zdaniem ta paleta, zresztą tak samo jak pozostałe Neked'y najlepiej sprawdzą się u osób, które szukają uniwersalnych zestawień na zasadzie "kupuję raz a dobrze", jednak dla mnie to nie jest "must have".

Pozdrawiam ♥

wtorek, 17 czerwca 2014

Zoeva Rodeo Belle- recenzja

Chciałabym Wam dziś pokazać paletkę, którą kupiłam już dawno temu, paletkę, która ze względu na mój chroniczny brak czasu początkowo tylko leżała i kurzyła się w toaletce. No cóż tak już mam że kosmetyki kolorowe wolę fotografować nietknięte a zrobienie serii zdjęć zobowiązywałoby mnie do ich przerobienia...
To tyle tytułem wstępu przejdźmy więc do demonstracji a od razu zaznaczam- ten post będzie z gatunku tych co mają dużo zdjęć i względnie mało tekstu.

Panie i Panowie z przyjemnością prezentuję Wam paletę cieni z firmy Zoeva o nazwie Rodeo Belle:
Generalnie Zoeva wypuściła 4 wersje palet- Rodeo Belle, Retro Future, Love is a Story oraz Naturally Yours. Opakowania są kartonowe i zamykają się na magnes. Każda z nich zawiera 10 cieni. Bardzo podoba mi się to, że każda ma inny design.
Dodatkowo musicie przyznać że firma dopieściła wszystkie szczegóły, a samo opakowanie- mimo tego, że jest kartonowe- wygląda na bardzo porządne.
Przejdźmy więc do prezentacji zawartości. Tak jak pisałam powyżej w środku znajdziecie 10 cieni- każdy z nich ma swoją nazwę wydrukowaną tuż poniżej koloru- dobrze, że nie wpadli na pomysł umieszczenia ich na folii ochronnej (która nota bene również znajduje się w opakowaniu).
Cactus Flower oraz Day Money to typowe maty. Early Sunrise to delikatna satyna. Western Diva, Deadshot oraz Rodeo Ready to maty z dodatkiem drobinek, z tym, że ten ostatni na ich bardzo niewiele. Bang Bang, Hot Wind oraz Smoking Gun mają wykończenie perłowe, a Yee Haw! to duochrome.
Ponieważ bardzo ciężko jest uchwycić wszystkie szczegóły na ogólnym rzucie z góry, więc dodatkowo zebrałam wszystkie cienie błyszczące i zrobiłam ujęcie w świetle dziennym- ze względu na minimalną ilość drobin pomięłam Rodeo Ready.
Cienie są bardzo dobrze napigmentowane niezależnie od rodzaju wykończenia i przyjemnie miękkie. Łatwo nabierają się na pędzel, nie znikają podczas rozcierania i świetnie łączą się ze sobą. Nie zauważyłam też żeby się w szczególny sposób osypywały przy aplikacji, więc reasumując jakość jest genialna.

Pora przejść do tego co z tą paletką można wyczarować. Przygotowałam dla Was 4 różne propozycje, mam nadzieję, że każdy znajdzie tu coś dla siebie:

Pierwszy makijaż został wykonany na bazie Zoeva. Na powiekę ruchomą nałożyłam tu Yee Haw!. W wewnętrznej części oko rozświetliłam Early Sunrise a w zewnętrznej przyciemniłam Deadshot. Obszar powyżej załamania powieki roztarłam Cactus Flower, natomiast środkową część dolej powieki podkreśliłam kolorem Hot Wind, który również delikatnie roztarłam poniżej kreski. Wspomniana kreska została wykonana eyelinerem z Inglota, linia wodna rozjaśniona kredką Blanc z Yves Rocher a tusz na rzęsach to Catrice.
Kolejny makijaż również został wykonany na bazie Zoeva. Tym razem na powiece ruchomej znalazł się cień Cactus Flower. Wewnętrzny kącik rozświetliłam Early Sunrise a zewnętrzny kącik oraz załamanie przyciemniłam Western Diva, którego następnie roztarłam przy pomocy Rodeo Ready. Dolną linię wodną przyciemnił czarny khol z Lancome. Kreska na powiece powstała przy pomocy cienia Deadshot, którym również delikatnie podkreśliłam dolną linię rzęs. Dolna powieka została zaznaczona cieniem Bang Bang. Tusz na rzęsach pochodzi z Catrice.
Trzeci makijaż również powstał na bazie Zoeva (lubię ja, co zrobić). Zewnętrzna część powieki ruchomej wraz z załamaniem została pokryta Smoking Gun, natomiast wewnętrzną część pomalowałam Hot Wind. Tego samego zielonego cienia użyłam również do roztarcia szarości powyżej załamania, następnie górną granicę wykończyłam Early Sunrise. Kreska na oku to połączenie dwóch linerów- czarny pochodzi z Inglota, zielony to Zoeva. Cały obszar dolnej powieki podkreśliłam soczyście niebieską kredką KIKO 110. Wewnętrzny kącik oka oraz dolną granicę kredki rozświetliłam cieniem MIYO 04 Vanilla. Zewn kącik dolnej powieki delikatnie przyciemniłam Day Money a linię wody zaznaczyłam kredką Blanc z Yves Rocher. Tusz na rzęsach to Catrice.
I już pora na ostatnią bardzo delikatną propozycję. Zgadnijcie jakiej bazy użyłam... tak, to również Zoeva ☺. Na powiekę ruchomą nałożyłam Early Sunrise. Zewnętrzny kącik delikatnie podkreśliłam Rodeo Ready przeciągając go delikatnie wzdłuż górnych rzęs do mniej więcej połowy oka. Załamanie powieki podkreśliłam Cactus Flower, którego roztarłam w górę przy użyciu Early Sunrise. Na dolnej powiece jest miętowa kredka z p2, na rzęsach tusz Yves Rocher.
Na zakończenie jeszcze  opowiem Wam jakie są moim zdaniem minusy tej paletki. Mimo iż posiadamy w niej aż 10 cieni do powiek nie jest ona w pełni "samowystarczalna". Siedem na dziesięć to kolory dość ciemne, na to przypada nam tylko jeden, dość ciepły rozświetlacz. Owszem kolory są piękne i można z nimi wyczarować wiele makijaży, jednak, żeby je ładnie i ciekawie wykończyć często jesteśmy zmuszeni sięgnąć po inne kosmetyki z naszej kolekcji. Z racji tego, że ja na brak "innych kosmetyków" nie narzekam uważam, że był to świetny zakup.

Jestem ciekawa Waszych opinii na temat palety jak i makijaży, które Wam tu zaprezentowałam. Dajcie znać czy posiadacie którąś z 4 wersji, ja już niedługo stanę się szczęśliwą posiadaczką Retro Future (nie mówcie nic mojemu mężowi ;D) więc w przyszłości mam zamiar stworzyć podobny post z prezentacją.
Pozdrawiam ♥

środa, 11 czerwca 2014

Balea Elektrischer Hornhaut Entfern- pierwsze wrażenie

Kilka dni temu na moim Instagramie (na którego Was przy okazji szczerze zapraszam) opublikowałam zdjęcie nowości która pojawiła się w drogeriach dm. Nowość to Balea Elektrischer Hornhaut Entferner. Pod tą groźnie brzmiącą nazwą skrywa się elektyczna tarka do stóp która jest niczym innym jak tańszym odpowiednikiem znanej tarki Scholl.
Zacznijmy od tego co to znaczy "tańszy odpowiednik". O tyle co cena wspomnianej tarki Schol to niecałe 40 euro Balea oferuje swój produkt za niecałe 20 euro. Dodatkowo ja wykorzystałam część punktów z karty Payback więc w efekcie końcowym zapłaciłam niecałe 10 euro (happy face)
W zestawie dostajemy oczywiście naszą tarkę oraz 4 pilniki. Niebieskie to wersja mocno ścierająca, koralowe to jak łatwo się domyśleć wersja delikatniejsza. Sprzęt zasilany jest dwoma bateriami typu AA, które również znajdziemy w opakowaniu.
Producent oczywiście zapewnia, że przy pomocy tarki pozbędziemy się suchej i szorstkiej skóry na stopach. Dodatkowo ma ona wbudowaną funkcję automatycznego zatrzymywania się przy zbyt mocnym nacisku. Na to urządzenie mamy 3 lata gwarancji.
Jak łatwo się domyśleć tuż po powrocie do domu postanowiłam przetestować moje małe cacko. Od początku muszę zaznaczyć, że jestem osobą która o stopy generalnie stara się dbać, ale nie jestem jakoś szczególnie przeczulona. Regularnie ścieram zrogowaciałą skórę, względnie regularnie kremuję stopy na noc (oczywiście im cieplej na dworze tym częściej wykonuję tą czynność). Raz na jakiś czas nawet staram się zrobić coś ekstra jak natarcie stóp maścią nagietkową i otulenie ich ciepłymi skarpetami (baaardzo polecam, daje świetne efekty).
Jakież wielkie było moje zdziwienie kiedy podczas pierwszego użycia a moich względnie dobrze wypielęgnowanych stóp zaczęła się sypać ogromna ilość startego naskórka. Już po chwili naokoło mnie było wręcz biało (śnieg w czerwcu?), kilkukrotnie przerywałam zabieg żeby oczyścić pilnik, a stopy z chwili na chwilę robiły się coraz gładsze i gładsze...

Tak jak wspomniałam wyżej sprzęt ma wbudowaną funkcję automatycznego zatrzymywania się przy zbyt wielkim nacisku, której mi stety/niestety nie udało się sprawdzić. Uważam, że już delikatne przykładane pilnika w zupełności wystarczy żeby uzyskać pożądany efekt a mocniej bałam się przycisnąć w obawie, że zrobię sobie krzywdę.
Dodam jeszcze, że początkowo zastanawiałam się czy gładki plastik obudowy będzie wyślizgiwać się z ręki podczas używania, ale na szczęście obawy te okazał się całkowicie bezpodstawne- urządzenie bardzo pewnie i stabilnie leży w dłoni.
Ciężko powiedzieć na ile użyć wystarczy jedna rolka. Po pierwszym razie pilnik jest wiąż bardzo ostry. Sama wymiana jest dziecinnie łatwa. Zapasowe rolki kupuje się w opakowaniu po 2 sztuki (niebieska + koralowa) a ich cena to o ile się dobrze orientuję około 8 euro.

Czy polecam? Ja po pierwszym użyciu jestem absolutnie zachwycona ale podkreślam że moja opinia to tylko pierwsze wrażenie... i tak, zdaję sobie sprawę, że zwieńczeniem tego posta powinno być zdjęcie moich gładziutkich stópek, ale podczas przygotowywania fotek jakoś na to nie wpadłam, wybaczcie ☺
Pozdrawiam ♥

wtorek, 10 czerwca 2014

Essence Beach Cruisers

Lubicie piaskowe lakiery do paznokci? Muszę przyznać, że ze wszystkich dziwnych propozycji jakie pojawiły się w ostatnim czasie te najbardziej przypadły mi do gustu, żaden kawior czy inne włochacze jakoś mnie nie przekonują... 
Dziś chciałabym Wam przedstawić lakiery z letniej kolekcji limitowanej Essence Beach Cruisers
Z dostępnych 4 odcieni dla siebie wybrałam dwie sztuki. 02 Girls Just Wanna Have Sun! to intensywnie brzoskwiniowy kolor. W lakierze zatopione są połyskujące drobinki w odcieniu różu i złota. 03 Keep Calm And Go To The Beach! to bardzo letni turkus. W środku również znajdziemy drobinki złote oraz seledynowe. Zdjęcia lakierów robione są zarówno w sztucznym jak i naturalnym świetle. 
A tak oto prezentują się na paznokciach:
Lakiery mają spłaszczony pędzelek, który jest bardzo wygodny podczas aplikacji. Do idealnego pokrycia płytki potrzebujemy standardowych dwóch warstw. Jak wszystkie piaski bardzo szybko wysychają, więc już w krótkim czasie można działać dalej. Niestety zatopione w środku drobinki nie są tak dobrze widoczne jakbym sobie tego życzyła. Wiem, że wiele osób, w tym ja, pokrywa piaski top coatem, który pomaga je wydobyć ale przyznaję, że z tymi lakierami jeszcze tego nie próbowałam, chciałam pokazać Wam jak prezentują się bez ulepszaczy.
Jeżeli chodzi o trwałość to trzeba przyznać, że trochę się rozczarowałam. Piaski znane są z tego, że trzymają się na zabój, te jednak mają dość dużą tendencję do odpryskiwania w różnych dziwnych i niekoniecznie logicznych miejscach (definitywnie muszę sprawdzić czy pokrycie ich topkiem pomoże), kiedy więc po użyciu któregoś z nich nagle zobaczycie "dziurę" na środku paznokcia to się nie zdziwcie. Na szczęście gdy zdarzy się ten "wypadek" to spokojnie możemy ciapnąć odrobinkę lakieru na płytkę, po wyschnięciu poprawka dzięki strukturze piasku i tak będzie niewidoczna.
Oczywiście schody pojawiają się kiedy nasz mani już nam się znudzi i postanowimy nałożyć coś innego. Lakiery piaskowe zmywają się bardzo upierdliwie- wszystkie, zawsze i bez wyjątku.
Pozdrawiam ♥

czwartek, 5 czerwca 2014

Balea Dusch-Soft-Öl Balsam recenzja + Nivea In-Dusch Body Milk pierwsze wrażenie.

Ostatnio pisałam tylko pozytywne opinie więc dziś dla równowagi we wszechświecie postanowiłam sobie trochę pomarudzić. Chciałabym Was zaprosić na recenzję kosmetyku firmy Balea Dusch-Soft-Öl Balsam.
Ideę balsamów pod prysznic wprowadziła oczywiście Nivea, jednak pierwszym kosmetykiem tego typu który trafił w moje ręce jest brzoskwiniowa wersja Balei przeznaczona dla osób o bardzo suchej skórze. Zawiera "bogaty kompleks olei" roślinnych i faktycznie jeżeli zagłębimy się w skład to na wysokich miejscach znajdziemy olej słonecznikowy, olej z awokado, olej ze słodkich migdałów a ponad to masło shea i glicerynę. 
Kosmetyk ma bardzo lekką konsystencję i neutralny zapach. Jego używanie szybkie i proste, kiedy jednak przyszło mi ocenić efekty działania poczułam lekkie rozczarowanie...
Ok, żeby nie było skóra po nim nie jest ani sucha ani szorstka, ale śpieszę dodać, że ciało mam raczej normalne. W pierwszej chwili można nawet wyczuć lekki film jednak po krótkim czasie on znika a my zostajemy z uczuciem, że nic właściwie nie zrobiliśmy....
Dodam jeszcze, że zarówno Balea jak i Nivea twierdzą, że balsamy pod prysznic to idealne rozwiązanie dla osób zabieganych, że używając ich będziemy oszczędzać nasz cenny czas. Szczerze? Może faktycznie uda się nam zaoszczędzić... no nie wiem... 2 minuty, ale jeżeli weźmiemy pod uwagę efekty to okaże się, że czas poświęcony na natarcie się tym cudem straciliśmy bez sensu i nawet dość niska cena Balei nam tego nie zrekompensuje. 
Osobiście nie polecam tego kosmetyku nikomu a osoby o faktycznie bardzo suchej skórze wręcz przed nim ostrzegam.


Właściwie w tym wpisie chciałam tylko opisać swoje doświadczenia w powyższym jegomościem, ale będąc ostatnio u koleżanki zauważyłam pod prysznicem kosmetyki z Nivei. Z ciekawości zapytałam jakie jest Jej zdanie na ich temat i ku wielkiemu zaskoczeniu usłyszałam, że używa ich z wielkim zadowoleniem, od razu też zaznaczyła mi, że biała wersja (In-Dusch Body Lotion) jest Jej zdaniem o niebo lepsza. Dodatkowo dowiedziałam się, że w drogeriach pojawiły się miniaturki In-Dusch Body Milk, no więc postanowiłam sprawdzić na sobie działanie oryginału.
Od razu dodaję, że miniaturka to tylko 50 ml a nie 400 ml jak w przypadku Balei. Ta ilość wystarczyła mi dokładnie na jedno użycie, więc poniższa opinia to tylko pierwsze wrażenie.
Konsystencja jest jeszcze luźniejsza od Balei a zapach typowy dla klasycznych produktów Nivei. Skład nie tak ciekawy- produkt właściwie oparty jest na parafinie, ale mi akurat ona nigdy jeszcze krzywdy nie zrobiła, więc nie widzę powodu dla którego miałabym jej unikać.
Po użyciu na skórze wyczuwalny jest film, który o wiele lepiej się utrzymuje, dalej jednak nie można nazwać tego idealnym nawilżeniem. Jak na moje oko w przypadku tej wersji gra dalej nie jest warta świeczki.... choć przyznam, że Lotion mnie teraz kusi... (a niech Cie Aśka!!!☺)

Na koniec składy obu produktów:
Znacie? Lubicie?
Pozdrawiam ♥

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...